img1
img2
img3
img4

Oaxaca

 

Minęło 3 dni odkąd przyjechałam, trochę jeszcze ogarniam myśli ale korzystając z obecności Piotra jedziemy do Oaxaca- przez kręte, wąskie serpentyny przecinające pobliskie góry. Oaxaca- kolonialne miasteczko a dla mnie pierwsze zderzenie z  meksykańską kulturą, ludzmi, obyczajami. Oczywiście wszyscy biorą mnie tu za Amerykankę czyli gringo (bo gringo to Amerykanin a nie biały człowiek jak nam wmawia pewien "podróżnik") i wiadomo jak to w Meksyku- zaczepiają na każdym kroku, oczywiście miło jest pogwarzyć itp. Itd. Ale po pewnym czasie ma się już dosyć, naprawdę dosyć nawet wizyta w kościele kończy się podrywem i zaproszeniem na obiad- dacie wiarę!? Po prostu America Latina!

Fakt poznałam tu dwóch miłych ludzi -Abrahama a potem Juana. Abraham jako nieliczny Meksykanin  1,98m wzrostu rzuca się w oczy, okazał się graczem w kosza,  Juan zaś raczej intelektualista mieszkający w Mexico DF. Obaj pozwolili mi poznać lepiej naturę Meksykanów ;)).

 


 

Ponownie w Puerto Escondido....

Kryzys a właściwie adaptacja powoli mija. Dzisiejszy dzień przerósł moje oczekiwania. Dostałam z lokalnej inf. turystycznej wiadomość ze mogę brać udział w cotygodniowym rajdzie rowerowym.

1000 rodzajów fasoli na targu w Gwatemali